RSS
czwartek, 17 lutego 2011
bez ambicji...

... taka konkluzja nasunęła się dość płynnie  i owionęła nie tylko całą osobę, ale i całą kuchnię, z rana, podczas szykowania żarełka dzieciom do szkół. Chyba pozbawiona jestem ambicji permanentnie.  Zawyło ponownie i utwierdziło się kamieniem, gdy popatrzyła na kubek z kawą. I chyba tak jest. Kubek skojarzył się z faktem, że nie czuję w sobie potrzeby zanabywania specjalnych ekspresów tylko po to, by ugościć gości jakąś nadzwyczajną kawą. Żadnych specjalnych filtrów, podciśnień, czajniczków tylko na tę jedną konkretną wodę, żadnych cudów i zachodów. Chcą mieć specjal, niech idą do specjal kawiarni. U mnie nawet zwykłego proletariackiego ekspresa nie ma. Uznaję tylko plutą z fusem na dnie, ok, mieloną w pospolitym młynku, przyznaję. Przyznam też ekshibicionistycznie - kawy wymyślne po domach jakoś mało mi smakują. Widać smak mój wysublimowany jest: ma być nienazbyt mocne, i z ogromną ilością mleka. Czy to w ogóle kawa? Dla mnie tak. W ogromnym kubku dodam, takim a la czajnik już libo saganek. Po innych schodzę boleśnie. Najintensywniej chyba po tych zapachowo dosmaczanych. Wracając jednak do głównego nurtu rozważań ambicjonalnych (te się nasuwają najczęściej przy szorowaniu kibla, tudzież w łagodniejszej formie przy obierkach ziemniaczanych. Prasowaniem jakoś szczęśliwie omija. To forma uatrakcyjnienia monotonii zajęcia czy tak ot i po prostu? ... jeszcze wniosków brak, acz powtarzalność miejsca i akcji jest symptomatyczna). Zatem kawowo ambicji brak, W kuchni też ma być szybko i zjadalnie, ale żeby poezje tworzyć? Zdecydowanie wyobraźnia szwankuje. Skoro jednak z zapartym tchem podziwiam dzieła innych, to to może sektor pozaambicjonalny? Na pewno jednak nie zamartwiam się wymarzonym domem, ogrodem, kuchnią, kolorystyką i duperelkiem zwanym detalem. Jakoś szkoda mi na to energii. Acz poczuwam to za diametralny brak ambicji. Owszem lubię pooglądać foty w gazecie czy na blogach. Miło popatrzeć na przyjemnie urządzone wnętrze (kolor!). Żeby jednak co do malusieństwa wszystko mieć zaplanowane, gdyż niby wymarzone. Trudno się zdecydować - podziwiać czy ominąć? Ale to chyba głębokie bezambicję nie mieć pragnienia, nawet wizji. Owszem, kiedy oko zamknięte, pojawia się obraz. Fragmentaryczny. Ścianami może. Klimatycznie. Gdyż to klimat rządzi życiem i potrzeba chwili dłuższej... Zadziwia mnie takie zbieranie latami poszczególnych elementów - zasłonek, narzutek, figurki lubo nie, komódki, ramki na obrazeczek, nawet farb w katalogach, by w końcu, kiedy pomieszczenie jest już do dyspozycji - wstawić, narzucić i mieć. Z wcześniej zaplanowanym dokładnie miejscem ustawienia i powieszenia gadżetA. To u mnie jest nie tylko brak ambicji, ale jeszcze i ładu, i porządku, i sztywnej systematyki. Co poradzić, że czasem to nawet troszkę śmieszy - cytata: "moja wymarzona kuchnia", jakaś taka obrazkowa, z najdrobniejszym detalem, z grubością blatu, co by on się idealnie wysokościowo z krzesłami w rogu zgrał. Się czepiam i to całkiem bez ambicji...! No i domu wymarzonego nie mam. Mam pragnienia. Mieć swoją dziupelkę, ze swoimi szpargałami i wyraźnym zakazem wejścia nieproszonym. Ogromną bibliotekę, w sensie po ostatni centymetr zapchaną książkami, z głębokim fotelem, delikatnym światłem i górą przytulnych pledów i widoki z okien na przestrzeń i zieleń mam... Póki co jednak to problem z okami mam. Się wzięły i zbiesiły. Coraz nachalniej odmawiają współpracy. Się zaparły i mętnym zamgleniem się śmieją. Patrzę, a nie widzę. Magia jakaś? Dzubam obecnie maleńkasa. Na '18. w kolorach nieba. Po 17.00 szansy na prace brak. Nie widzę. Nie tylko gdzie się wdłubać. Nitki na igle nie widzę. Literek w książce nie widzę. Wieczorkiem. Tafla jakaś mleczna wstawiona. Obrazu brak. A tu wiosna idzie. Coraz cieplej. Wiatry dują aż miło. Śnieg topnieje. W powietrzu armie zarazków tudzież innych wirusów. Wiewióry skaczą po dachu. Zwierz się wybudza. Drogi w dziurach. Słonko w oczy. Pięknie jest, choć bez ambicji...

wtorek, 15 lutego 2011
w czerwieniach i różach

Karteczki na wczorajszy dzień. Jedna dla Kasi, dwie dla młodzieńca. Nieskromnie jestem z nich zadowolona. Co prawda dopiero na zdjęciach zobaczyłam dziesiątki uchybień, niedociągnięć, niepotrzebnych paćnięć. Ważne jednak, że się podobały i dzieciom, i paniom. Zdjęć będzie od groma. Nie potrafiłam wybrać tych najciekawszych, o najlepszych mowy nie ma, wszystkie marne. Traktuję je jako zapis na przyszłość...

DSCF8453

DSCF8399

kwiecie wypełnione przezroczystymi kulkami w różnych odcieniach różu i włosiem metalicznym, pyszny wynalazek:

DSCF8404

Środek tej poważnej karteczki wyposażony jest w papier czerpany, w kolorze lekkiego różu, z wklejonymi drobinkami róż:

DSCF8408

DSCF8410

Różnokolorowe serduszka dodatkowo przełamane i dopstrzone są metalicznymi sześciokącikami. Pięknie się mienią, dodają blasku, ożywiają (na zdjęciu oczywiście tego nie widać!):

DSCF8412

wielowarstwowość...:

DSCF8450

DSCF8418

DSCF8423

DSCF8428

DSCF8429

DSCF8452

poniedziałek, 14 lutego 2011
i serduchem go...

Jak wiadomo, dziś są walentynki. Kolejne święto co to ogłupia głowę i opróźnia kieszeń. Ale wdzięczne jest, słodkie jest i dzieci młodsze bardzo je lubią. W tym roku Kasia uznała, że żadnych karteczek robiła nie będzie. Nie ma ochoty i słusznie. Może jedną dla Pani swojej, taką z wyrazami sympatii (następny wpis) i dla drugiej pani odrobinka słodyczy. Na słodyczach się dziecko skoncentrowało. Miast karteczek zapragnęła przynieść domowej roboty ciasteczka, te z serii kruchych. Dwie wersje. Bez pomady:

DSCF8397

i z pomadą:

DSCF8396

Nie są wyładzone i wygładzone, jednakiej wielkości, tudzież grubości. Jako nędzna kucharka i neptyk kuchenny o detale zdecydowanie zapominam dbać. Ale są pyszne! Co sprawdziły dziecki osobiście i stąd pragnienie podzielena się podobnymi z kolegami. Przepis zaczerpnięty od Wiosenki 27 z blogu eksplozja smaku. Właściwie to połączenie dwóch przepisów. Dla zainteresowanych podaję recepturę:

50 dkg mąki
15 dkg cukru
margaryna (kostka wystarczy)
2 jaja
łyżeczka proszku do pieczenia (powiedzmy bardzie płaska niż czubata),
łyżka kwaśniej śmietany
opakowanie cukru waniliowego, acz niekoniecznie.

Klasycznie zagniatanie po uprzednim połączeniu, jak to w przypadku ciasta kruchego. Margaryna w kosteczkę i do całości, nie rozpuszczać (to informacja dla absolutnie początkujących) i na bardzo długo do lodówki, po wcześniejszym owinięciu folią. Konsystencja jest lekko rozlazła. Dlatego też  można dać więcej mąki. Ja używam tortowej i wciąż muszę dosypywać. Pieczemy ok. 12 minut w temp. 180 st. C. Nie da się rozwałkować. Zaraz po upieczeniu ciasteczka są delikatnie mówiąc... niesmaczne. Z każdym jednak dniem nabierają nieziemskiego smaku.  Moje posiadają posmak solny (eterycznie delikatny). To pewnie pochodna użytej margaryny. Taka jest i już. Z "Kasią" pewnie będą inne. Wierzę, że równie smaczne! Czego serdecznie życzę! Serduchowo i walentynkowo!

Krzyżykowo nadal tyłek w lufciku, czyli twierdzowa tajemnica.

Pozdrawiam gorąco w ten cieplusi dzionek i życzę spokojnego, dobrego tygodnia!

poniedziałek, 07 lutego 2011
jak ta tabaka...

tak i ja ciemna i bezrozumna jestem. Skończyłam kolejny z tajnych projektów. Ten nawet wyględny jest. Z charakterem. Byłby. Gdyby go pańcia dobrze zrobiła. A nie zrobiła. Kto to bowiem widział, by białą muliną po jasnej kanwie krzyżykować?! Gdzie biel jasną ma być. Gdzie podkreśleń brak. Gdzie ona o sensie całości stanowi. Durna baba miała w rencach co i chcieć. Beże, podpalaczki wszelkie, herbaciane zestawy prywatnie produkowane, khaki, niebieskości, piaski, ostatecznie owsianki. To nie, za ajworego się wzięła. Za biel pożółciałą. Gdzie głowa i rozum były?! Poszły spać chyba.

DSCF8336

Przyjdzie drugą warstwę białego nałożyć. Z 4 nitek powinno już być widoczne. Ewentualnie satyną pojechać? też w 4 nitki będzie. Myślałam nawet o kleju nabłyszczanym, tudzieć o cenentowym śnieżku, jak na kartki. Cholibka. Tak szybko i ładnie szło. To i po drodze podzdychnąć musiało. A robiona biel bielą najbielszą, najczystszą, DMC nie white a B5200 co to zdecydowanie bielsza jest. Myślałam o bieli nocą świecącej. Ale ona taka świecąca jak gwazda w pochmurną noc, w każdym razie efekt taki sam, żaden... Po tym słowie samokrytycznym lepiej się na duszy zrobiło. Do poprwaki można przystąpić. Jutro staniemy oko w oko z maszyną. Ciekawe, czy się naprawiła?

Pozdrawiam gorąco w ten odwilżowy dzień błockiem tu a zaspami śnieżnymi tam rozsiany i spokojnego tygodnia życzę!

piątek, 04 lutego 2011
o zimie, czytaniu i pisaniu...

... dziecię starsze wróciło wczoraj ze szkoły i od proga zakomunikowało, że zimy zostało nam jeszcze tylko marnych tygodni 3 (to na okoliczność świstaka oczywiście, młodsze też świergotało, że ptaszki będą przyfruwać...). Potem będzie wiosna w zimie, ale to nawet dobrze. Raz - nie będzie się przewracać na oblodzonych chodnikach (gdzież Ona te chodniki widzi?), dwa wolnego od szkoły nie będzie. Znaczy być będzie. Przewidziane i w kalendarz szkolny dawno wpisane. Nagłych dni wolnych nie będzie. Takich co to się panna Kasia z rana dopiero dowiaduje i takich jak te minione dwa byłe. Te które alarmem śnieżnym rozbrzmiewały i ogłaszały drzwi szkolnych zamknięcie. Na pierwszy dzień dziecko nawet się ucieszyło. Wszak z biblioteki 5 książek sobie przywiozła dnia uprzedniego. Matka czytać nie pozwoliła, do spania zagoniła. To wreszcie mogło dziecko bez najmniejszych wyrzutów i uwag nauczycielskich lekturze się oddać. Kataśka namiętnie czyta w szkole. Co jakiś czas pani delikatnie zwraca pannie uczennicy uwagę, właściwie to nawet bardziej z prośbą się zgłasza, co by uczennica na chwilkę lekturę przerwała i w zajęciach pouczestniczyła. Skoro zatem brat w przedszkolu, tate w pracy, mać przy swoich zajęciach - dorwało się zgłodniałe dziecię do książek i przewaliło całą równą piątkę. Z wieczora załkała, że nie ma co czytać. Drugi dzień postojowego okazł się być dziką sromotą. Brat znów do przedszkola (inna wieś, inne zarządzenia), czytadeł brak. Biblioteka nieczynna. Rozpacz istna...

Czemu o tym wspominam? Czytanie z pisaniem mi się pokojarzyło. Co jakiś czas czytam takie miłe, ciepłe słowa o moich wypisach. Tu słówko, tam dwa. Bardzo one te słówka miłe i budujące. I bardzo, bardzo onieśmielające. Powodują wypływy rumieńca ceglastego, zawstydzenie z pierwszej randki i jakieś wewnętrzne, delikatne podhukiwania. Pretensji do słowa pisanego nie mam. Gdzie mi tam do Aty. Do Jej polotu, humoru, rozmachu i fantazji!!! Prawdę powiedziawszy to w robótkowym światku blogowym dużo jest kobietek z doskonałym piórem i rewelacyjnym wyczuciem językowym. Dlatego tym bardziej miło, kiedy komuś i moje bajdurzenia się podobają. Przepięknie dziękuję tym wszystkim, którzy zaglądają do mnie, by poczytać, a potem ew. pooglądać i mają siłę dotrwać do ostatniej kropki. Podziwam takich desperatów głęboko! Więcej pisać nie będę. Wzruszyłam się. Idę poczytać...

Kosze serdecznych, wdziecznych uśmiechów ślę!

czwartek, 03 lutego 2011
świstak z norki...

...wylazł. Wczoraj. Wylazł i wlazł. Co bowiem miał robić. Świat śniegiem zasypany, zlodowaciały nawet. Wrócił w pielesze. Mądry zwierz! - Zanim jednak wrócił, nie zobaczył swego cienia (czego pewnie nawet nie zauważył!)! Tak prawią dobrze poinformowani. A co to znaczy? To znaczy całkiem dużo. Wedle tradycji staro-niecerkiewno-indiańskiej i zgodnie z podaniami rozdmuchanymi mediów wszelkich, tych w większej massie i mniejszej, tudzież zgodnie z najbardziej ludzkim pragnieniem...

zima będzie tego roku znośna.

Co najprościej oznacza, że się nie będzie w nieskończoność przedłużać! Hurra dla tych, którzy zimy nie lubią w nadmiarach. Jakie zaś będzie lato tego roku, to aż starch pomyśleć. Okrutne będzie. Dłuuugaśne. Skwarne będzie. Suche i co najgorsze na okolicznych do naszej wsi baaaardzo (aż mi się dusza wykrzywia) wilgotne, w sensie parne, znaczy gorącą watą w twarz. Kto tego nie zna, nie zrozumie. Pociechą może być tylko to, że w Krościenku Dunajec i tak pod koniec lipca wyleje! Swoje prawa ma i ich przestrzega! Zaś ja, myszulowy marny czowieczek już teraz napawam oczy bielą chłodnawą. Chłonę w siebie mroźny wiew. Acz  mroźnie nie jest. Całkiem ciepło. Marne -1st.C. I zaspy nad kolano.

DSCF8240

(mały człowieczek ledwie szuflą dawał radę odkopywać; teren podwórkowy należy do Stasia)

Dziś to nawet słonko pięknie świeci. Niech by ten świstak teraz się wychynął, nieborak cień by zobaczył, choć w dalszym ciągu pewnie bez porywatnej świadomości... Wczoraj okoliczny świat lodową powłoką był pokryty. I pięknie było...:

DSCF8316

DSCF8318

DSCF8329

(sznur prywatny napodwórkowy do wieszania małżowych gatek)

Jak w baśni jakiejś czarownej. To nic, że na drogach lodowisko, że opony wciąż letnie, że do maszyny bez solidnej skrobaczki podchodzić i nie było i po co. Ja tam lubie takie solidarne, sąsiedzkie odśnieżanie, dmuchanie, chuchanie, skrobanie. Przynajmniej człowiek wie, że na pustkowiu nie żyje, a w jakiejś braterskiej więzi ponad oczywiste "dzień dobry" zimową porą wyciągnięte!

DSCF8137

(z wycieczki nad jeziorko w minioną niedzielę)

środa, 02 lutego 2011
Tajemnica goni tajemnicę

Wpis o niczym. Dzieje się niewiele. Życie ogarnia każdy możliwy obszar jestestwa. Wpycha się nieproszenie tam, gdzie rewiry zadrutowane i powszechnie uznane nawet przez rodzinę jako niedostępne dla nikogo i pod żadnym pozorem. A może to zimowa hibernacja. Półobroty w półprzestrzeniach i półszarościach. To zaś co robię hafciarsko tak głęboką mgłą osnute, że ani mówić nie można. Tajne to projekty. Się oddatjnią, zostaną pokazane. Kilka ich, w zamysłach. Co z realizacją - czas pokaże. Generalnie pobojowisko jakieś...:

DSCF8315

Do drutów i szycia mnie pcha. Przeszkody techniczne nie pozwalają oddać się pchajstwu. Do drutów konieczna jest włóczka, a tej brak. Jedna to za mało, dwie trudny wybów, nadmiar kurc-galopkiem płoszy ze sklepu. Pewnie dlatego, że chce mi się wełny, a tu same akryle. Kto zmusi, by chcieć? Do szycia potrzebna jest maszyna, gdyż to o szycie na maszynie rzecz się rozbija. Tylko ta się obruszyła i nadpsuła. W ramach domowego naprawiania chyba dopsuta została imentnie. Małż się nie miesza. Bębenek nie chce się zamykać; bądz inaczej - nie trzyma nici. Te fantazyjnie wygibasy czynią. Zostawiona w odstawce może po rozum pójdzie i samoczynnie się naprawi?! Zostaje jeszcze wyrzut sumienia i nikłe poczucie obowiązku. To dźga najsilniej i sączy wprost do ucha (tylko po co tak głośno?!), by nie zaczynać nowego, by wykończyć stare (a co z radością działania. Radością, która czmychła była i nie chce wrócić? do określonego projektu wrócić nie chce...!). Po co tak na siłę czynić? Po dobroci i z przyjemnością się nie da? Widać pewnie nie. Pobieżać zatem nada do działań!

Pozdrawiam gorąco, radośnie i wdzięcznie wszystkie odwiedzające ten skromny blog Osoby!

piątek, 28 stycznia 2011
dostałam...

w wymiance "podaj dalej" - od Marzenki - takie  ślicznoty:

DSCF8308

DSCF8309

i zbliżenie na finezyjne zawinięcie uszka. Dla mnie cud!

DSCF8311

Prześlicznie dziękuję!

czwartek, 20 stycznia 2011
urodzinowo-imieninowe...

DSCF8219

DSCF8226

sobota, 15 stycznia 2011
w krzyżyku...

Na prezent zrobię kolejną, pięęęękną chustę. Taką mam nadzieję. Bardziej z głową i może rozpisanym wzorem. Ta dobrze służy pod prywatną szyją. Póki co jednak, odrobina krzyżyków:

DSCF8086

Tematyka śnieżna, zimowa, przyszłościowo makatkowa.

Pozdrawiam gorąco, dziękuję za odwiedziny, stokrotnie za komentarze. Spokojnej niedzieli życzę!

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34
Zakładki:
1. tu spozieram
2. i tu
3. smaki i smaczki
4. druty
5. szycio-patchworki
6. inne
7. linki wszelkie śmietnikowe
Poczta: ulikop@gazeta.pl