RSS
piątek, 30 października 2009
w jesiennym "onturażu"

Dziękuję ślicznie za pochwałę Jagi Dyniowej. Miłe jesteście, ot i co! Oczywiście, że obrazeczek sam w sobie jest jak najbardziej do wzięcia. A czepiam się, gdyż kolorystyka mnie drażni. Niby wszystko jest ok, ale coś w tonacjach się gryzie okołogębnych. Kolory dobierałam na ludzkie oko i na pewno na buźce powinno być 3770 DMC, a dałam 948 jako jaśniejszym od 3774. Otumaniło babę, alibo i najjaśniejszy zabył się gdzieś. Oranżyk na włosku bardziej w czerwień winien wpadać i rumieniec w innej barwie. To by sprawę rozwiązało. Ponieważ zamiaruję masówkę na przyszłą jesień uczynić (poduchy i torby haluinowe) cza mi idealny zestaw kolorystyczny mieć. Ciapa jestem niestety w doborze. Znaczy dobrać nie potrafię, ale zgrzyty wychwytuję natychmiast. Takie spaczenie. Gdyby ktoś pomógł, fachowym okiem zapodał, dobrze by było i spokojnie na lata następne...!

Aniu, backstitche na pewno spróbuję. Pewne jest, że wyostrzy i podkreśli detale, mam nadzieje, że przełamie też kolorki. Się popatrzy! Dziękuję.

Natomiast teraz dla własnej przyjemności (maleńkiej) przedstawiam obrazeczek jesienny w tematyce i kolorystyce. Leży bidul od kilku tygodni i czeka na słownie 2 kreski wykonczeniowe...

Światło słabe za oknem, to i obrazek lekko niewyraźny. Kolorystyka podana, acz lekko zmieniona. Efekt uważam nieskromnie  za zadowalający dość...

czwartek, 29 października 2009
odsłona ostatnia - JW Dyniowata w towarzystwie

Jest i niechaj idzie w niebyt! Coś mi w niej nie pasuje, się gryzie, pomijając drobny fakt, że aparat w fazie delirycznej jest i z lekka drgawek dostaje. Licko Jagi do pełnej wymiany. Niech poleży jeszcze rok. Przyjdzie ją rozjaśnić, kiedyś. Może i uśmiech panny na zakręcie zmienię, kiedyś....

środa, 28 października 2009
zaczarował

cicho jest i dobrze jest. Wszyscy porozchodzili się po swoich kątach. Lubię ten czas, kiedy pustoszeje dom, kończę ostatnie porządki poranne, parzę kawcię. Mój maleńko ranny czas. Dzieci w szkołach, męże w pracy, sąsiedzi w zajęciach. Ulica pusta jest, bez warkotów i niepotrzebnych natężeń. I ciemno jest i waściwie jest i muzyczka się snuje i tak powinno być. Życie w maleńkim bezruchu, tak jak lubię, bez pośpiechu, wypełnione spokojem, jesienne, z zachwyconym spozieraniem przez okno...

Wczoraj popołudniem było tak:


a dziś od rana, od nadmiaru dobrych wiadomości i od deszczu za oknem chodzi mi po głowie adekwatny wierszyk Doroty Gellner:

Dzień był srebrny i deszczowy

I deszcz padał brylantowy.

Każdy się przed deszczem chował,

Tylko mnie ktoś zaczarował.

Stałam na tym deszczu stałam,

Aż w ten deszcz się zaplątałam.

W srebrne nici i tasiemki. W brylantowy sznurek cienki,

W mokre wstążki, w srebrną wełnę,

W srebrne sieci deszczu pełne.

Zaplątałam się po uszy!

Kto mnie teraz z miejsca ruszy?!

ps. a w radio J. Dassin i jego L'ete indien, uhhhhhhhmmm....

ps2. i niech tak pada i pada, z małą przerwą na piątek i sobotę, niech srebrzy i brylanci, cóż poradzę, lubię deszcz....

ps3. xgalaktyczna anielica powróciła, wreszcie! - to właściwie jest news dnia... (dla mnie! jest...)

wtorek, 27 października 2009
pada

... pogoda zmienną jest, niczym kobieta?! Pada. Ślumpi, bębni, spadają deszczowe strugi z nieba i całkiem miło jest. Ciemno, sennie, poduszkowo i książkowo, herbatkowo, mysio, wspomnieniowo....


Wodnisto-klimatyczne obrazki z niedzielnej wędrówki rodzinnej. Fascynują mnie wodospady. Nawet te maleńkie, niepozorne. Mimo wszystko jest w nich jakaś siła...

poniedziałek, 26 października 2009
jest zamiast

miało być krzyżykowanie. Jaga od JW Dyniowatej czeka jeszcze tylko na miotłę, tę od gawronów. Miało być, ale się rozeszło, rozlazło, polazło. W górki okoliczne polazło i nad jeziorko. Nierozsądnym byłoby nie wykorzystać pogody. Pojechali my zatem w okoliczną atrakcję. 20 minut pod górę;


troszkę Karkonosze przypomina. Potem nagle a niespodziewanie otwiera się wodne cudo


i w naokółko tak je można.


Niby nic. A atrakcja jest. Cisza, spokój, inne powietrze. Kilka wysepek po drodze, mostków. Patrzy się na to wszystko zachłannie i odpoczywa. Raj dla rybaków. Moje maluchy nie przepadają za wędrówką wokół jeziora (blisko 1,5 godziny dorosłego marszu), not yet, ale kochają wspinaczkę i zejścia po głazach. My kochamy tam przede wszystkim barwy i zapachy z dzieciństwa...

cdn.

niedziela, 25 października 2009
już prawie jest

Za oknem słońce szaleje. Cudnie jest. To i chęci do pracy rękodzielnej wróciły. Bidula zostawiona sama sobie, czy może bidule dwie. Było nie było - uśmiech jest i pierz na głowinie, i oczka roześmiane, acz z lekka kaprawe, i zapał jest...

... jeszcze tylko nakrycie godne Baby i miotła; niech ma się czym od gawronów odganiać...

sobota, 24 października 2009
niebo nade mną

a prawo moralne we mnie?  Pewne jest niebo. Ukochane, obiecane do pokazania. Różnymi porami roku, głównie jesienne i ziomowe. Nie potrafię nazwać koloru, ale ono takie jest, głębokie, widziane jak przez filtry. To jedna "rzecz" z bardzo nielicznych w mojej czasoprzestrzeni, które kocham i chłonę zachłannie:

Bernadko - ślicznie dziękuję za życzenia imieninowe. Ach, jak lubię dostawać imieninówki właśnie. Kochana jesteś! Łał!

Miłego weekendowania życzę słonecznie.

piątek, 23 października 2009
nie rozumiem...

Patrzę na świat z rozdziawionym okiem i coś mi nie pasuje. Niby jest ok, ale jednak nie do końca. Przede wszystkim jest pięknie, powiedzmy, słonecznie i kolorowo. O, np. wczoraj na ten przykład (podwójny) było tak:

Dziś jest bezsłonecznie. Niemniej czy w promykach czy bez, brak ostrości! Coś mi tu nie leży dokumentnie. Jest koniec października. To powszechnie wiadome. Powinno być kolorowo. Żółto, czerwono, pomarańczowo! Albo częściowo bezlistnie. To dlaczego wciąż jest zielonawo? (choć miejscami żółto i czerwono też). Przez to chyba właśnie obraz nie jest czytelny, wyostrzony. Ta niezdecydowana zieleń psuje mi odbiór. A może to w moim oku jest ostrość niewłaściwa? Cholibka, okulista czeka? Kto jednak wie, może to aparat? Na zdjęciu widać, jak zamazuje wszystko. Następnym razem pokażę niebo. Moje niebo, jedyne, niepowtarzalne, swoiste w kolorycie, ukochane, takie co to nie mami i nie cuduje, takie co to jak liść ma z drzewa spaść, to spada, kolorowy, a nie wiosenno-letni. Pokażę, tylko poszukam wśród starszych zdjęć, drzewa coś świat mącą.

Na urodziny jutro dziecki idą. Co 6-latce wypasionej podarować? Jeżdzę od rana, głowa boli, zasoby uszczuplone, a prezentów brak. Tzn. co i nieco jest. Wyszłam podstępnie z założenia, że takie młodociane dziecię to najbardziej cieszy sie z ilości, mniej z jakości cenowej. Zatem paczuszek kilka jest. Kasik wróci, przeprowadzimy konsultację. To w końcu jej psiapsiółka i już pierwszy prezencik dostała.... To może chyba i lepiej nie przesadzać? malowanki, wyklejanki i scrabki dla maluszków są. W formie książki one i krówka skarbonka, śmieszna, ło matko....

się kłaniam i do garów uciekam...

 

czwartek, 22 października 2009
wyróżnienia czas rozdać

W ostatnich dniach otrzymałam niespodziewane dla mnie wyróżnienie i to dostałam podwójnie. Od Tamary i Ewy. Ślicznie, prześlicznie za nie dziękuję. Taka oto piękność:

...wyróżnienie z dopiskiem „premia”, z kilkoma podpunktami znanymi doskonale, dlatego też pozwolę sobie już ich nie wymieniać. Na ten tychmiast przystępuję natomiast do przedstawienia swoich typów:

Kasia - Xgalaktyczna

Dorota - Momentalnie-ja

Ewa - Patchworld

Ania - Kankanka

Becia - Magiczna Szuflandia

Iza - W ciszy domowego ogniska

Wolvin - Passions of Wolvin

Edysia - Przy kuchennym stole

Kasia - Kasmatka

Arleta - Czas wolny mam zajęty

O idei wyróżnień interesująco poczytać można w "Poduchowym Świecie". Zachęcam.

środa, 21 października 2009
o samolności z wyboru jako luksusie kobiety

Onegdaj na onetowskim portalu taki niusik była zapodany. Autorką powyższego stwierdzenia jest Beata Tyszkiewicz. To i my z Szaloną zaczęłyśmy temat zgłębiać, jako wprawkę dointelektualizującą potraktowany. I wyszło nam, że - samotność z wyboru to chyba zależy od wieku. Jak kobita ma te 70 lat, to i samotność jej się podoba - żaden stary chłop po domu się nie kręci, prać, prasować mu nie trzeba, jeść można cokolwiek i kiedykolwiek, papierosy w łóżku palić, no i te pasje realizować - ale to chyba dlatego, że ona znana jest...

Wyobraźmy sobie bowiem, jak my na ten przykład realizujmy się przy pisaniu książki kucharskiej?  Kto niby ją wyda?  Jak się nosi nazwisko, to są szanse - wypromuje ją sobie w TV taka Tyszkiewicz - bo i tak ciągle ją gdzieś zapraszają, dla samego autora parę osób kupi! A jeszcze ze zdjęciami jakiś dworków, w których to kucharka Zosia taką właśnie zupę gotowała! - i realizacja pasji poleci jak z płatka..  A my co? - zdjęcia z Koziej Wólki machniemy? albo rzucimy cytat z Kosowa? Albo zaczniemy promować  kuchnię amerykańską? - niby kto to będzie w Polsce jadł?

Poza tym kobita ma kasę - bo w tym TVN nieźle płacą i może sobie na różne fanaberie pozwolić. Więc co taka osoba ma niezadowolona być z samotności?

Co innego mniej znani ludzie. Takim normalnym ludziom, to ta samotność nie do końca taka zachwycająca się wyda... Ona się czasem podoba, czasem nie...

I teraz z życia: jak kobieta wróci po robocie do domu, w którym bałagan króluje, sprzątać nie trzeba (no chyba że do zdjęcia albo jak ktoś ma przyjść) to samotność całkiem się podoba. Nikt pilota od telewizora nie zabiera, muzyki dowolnej słuchać można, książki w wannie godzinami czytać - zadowolenie wręcz jest.

Tylko czasami to jednak chłop potrzebny - do czynności prozaicznych - jak wbijanie kołka w ścianę albo naprawienie czegoś tam, albo żeby z nim gdzieś pójść, pojechać, a czasem po to, żeby był, taki na podorędziu do wspólnego milczenia. W zasadzie to od nastroju zależy... Najlepszy to byłby mąż marynarz albo pilot - tak żeby go w domu za długo nie było, ale żeby czasem wracał... Żeby było za kim tęsknić i z kim się witać radośnie.

Poza tym to taka samotność z wyboru to chyba też od charakteru zależy - o, na przykład koleżanka, która właśnie męża pilota posiada, a i sama stewardessa jest. Tak udanego małżeństwa świat nie widział. Przy dobrych wiatrach widują się jakiś tydzień w miesiącu, stęsknieni za sobą, zadowoleni ogólnie, poczucie wolności posiadają i druga połówkę jednocześnie, a i pasje realizują - no uczuciowy raj na ziemi... Z pierwszym mężem, takim co w chałupie siedział, niecały rok wytrzymała - nie nadaje się...  I chyba coś w tym jest. Nie każdy nadaje się do bycia z kimś na dłuższą metę. Nudno się robi, denerwująco. Jak za długo trwa, to pojawia się staranie pozbycia...

W takich przypadkach, bez stałego męża, ale i bez znużenia, najlepsze są kontakty z orientacyjnie innymi. Dogadanie wtedy jest, mile spędzany czas, zrozumienie. Bo oni nie chcą się wiązać, nie ma ciągu na związek...

A i jeszcze przy takiej samotności z wyboru najbardziej denerwująca jest presja otoczenia - ciągłe pytania dlaczego? I na dodatek to straszne  współczucie - czasem wprost, czasem za plecami. - Bo bez chłopa to nie można!

Podsumowując - chyba nie ma samotności z wyboru - po prostu jest i już, a do tego się filozofię dorabia, żeby nie czuć się gorszym od reszty świata. No i gonimy wciąż za czymś, co wydaje nam się lepsze, co mają inni, a nie mamy my. Samotny chce towarzysza, gromadny szuka samotności...

ps. Ewuniu dziękuję!

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
1. tu spozieram
2. i tu
3. smaki i smaczki
4. druty
5. szycio-patchworki
6. inne
7. linki wszelkie śmietnikowe
Poczta: ulikop@gazeta.pl