RSS
niedziela, 30 maja 2010
cd. w niebieskościach

Zacznę od odpowiedzi skierowanej do konkretnej petentki, co to z Bloxem ma wyraźne problemy (coś mi się widzi, że miłością do siebie wzajemną nie pałacie i stąd te kłopoty...). Zatem Lejdiku nadobny w kwestii domków napiszę Ci tak: - e, tam zaraz kupować. Za grosz nabyłam, jeśli ma leżeć i tylko z kwikiem oczy cieszyć, lepiej oddać. Na mojej wsi "dekupaż" w dzikiej pieluszce. Nikt nie wie, co to i po co to. Materiałów dla raczkujących (znaczy takich matołków niczym pisząca słowa te) nie ma. To i się nie zabieram. Czasem tylko pokazuje się coś, co na moje oko do obklejek nadać się może. Chcesz to masz! Popatrzę, może jeszcze coś znajdę. Tu nawet ciekawych serwetek nie ma..., niestety, takie zapłotki. I powrót z prytaty w xxx tematy - skończyłam niebieskości. To prawie połowa cudu. Idzie ecru, szykuje się brązik, na końcu słodka niespodzianka. Obrazki:

i zbliżenie:

Ładnie widać melanżyk niebiesko-brązowawy. Myślę, że w założeniach producenta na wierzchu zawsze powinna być nitka z błękitów. Życie jednak lubi płatać figle...

sobota, 29 maja 2010
miało być...

... łatwo, miło i przyjemnie. Jest, miło, dość przyjemnie i zdecydowanie mniej łatwo. Ledwie kilka kolorów. Myślę sobie - pikuś. Wzór na pierwsze oko niczym budowa cepa - prosty i przystępny. Właściwie taki jest. Mieszają się tylko xxx w podobnym kolorze i brązy. Dokładniej zaś brąz jeden. Robiony jednak na kilka sposobów. Rozłożył mnie pierwszorzędnie. Chciałam sposobem i na łatwiznę. Skończyło się pruciem. Ten jeden kolorek bowiem robiony jest a to jedną nitką, a to dwiema. Tu pełny krzyżyk, tam półkrzyżyk, raz pojedynczo, tuż obok podwójnie; melanż dla cierpliwych. Powstało niewiele, o:

czwartek, 27 maja 2010
nie wytrzymała...

... baba nie wytrzymała i rozpoczęła nową prace. Choć miała nie zaczynać! Przy okazji okazało się, że tulipanki na wierzchu leżą, landszafcik natomiast przysypan tonami innego domowego śmiecia przydasiowego. Kiedy się do niego dokopię, niebiosa raczą wiedzieć! Nawet mi troszkę na tę okoliczność ulżyło... Z nową obrazką natomiast jest tak, że najważniejsze, by zastartować, mniej ważne czym... Rozpęd potrzebny, by potem spokojnie już i pod górki biec... To też się usprawiedliwiłam i spokój w duszy czuję. Nowe:

Po niteczkę pojechałam, ale okazje na "sejolu" (jak to znajoma znajomej powiada) były, ciężko się oprzeć. Inna sprawa, że specjalnego odporu nie było i póki co to przywiozła baba do dom to...:

Domki  śliczne to folijka przylepna. Nie wiem jeszcze na co mi ona, może ktoś chętny będzie? ona chyba bardziej taka "dekupażowa". Kolorystyka i tematyka zachwyciły! Głównie zakup "skrabowy" okazał się; bloczek papierkowy, kwiecie widoczne, takie niby rameczki chyba i dla Kasiuka przestrzenna nalepka, o...:

Miejsce się kończy. Czas pomyśleć, co robić dalej, a im głębiej w las, tym decyzja trudniejsza, może wystarczy porządek porobić i przestrzeni zyskać?!...?

wtorek, 25 maja 2010
ach życie...

Znów nie-robótkowo. Czasu zabrakło i prawdę powiedziawszy chęci. Leżą dwie prace rozpoczęte i piszczą nieszczęśnie. Tulipankom zostało ledwie nic. Tylko w zapędzie sprzątaczym pochowałam pudełka i nitki. A tak sprytnie i głęboko, że kiedy do schowka wejdę, popatrzę, natychmiast rakiem się wycofuję. Zatem tulipany więdną. Klimaty azteckie wciąż nie leżą. Udaję, że w zawierusze zaginione. Nie mam do nich serca. Psiapsióła życzy sobie bez ram. Kochana taka. Powinnam popędzić. Urodziny minęły, imieniny takoż, za chwilę skończą się wakacje. A  po głowie chodzi nowa pracka. Już nawet w ostatniej chwili w łapsko się czepłam, by nie drukować, póki co na pulpit wyrzucone nowe cudo jest.  Chłopinie zachciało się do szkół iść. Niech idzie. Nauka to potęgi wszak klucz. Pochwalam i dopinguję. Niedługa ta nauka, tylko bardzo czasochłonna. Wybrał tryb przyspieszony ekspresowo. 6 dni w tygodniu po 10 godzin. Praca gdzieś umknęła. Co by się tylko nie wykończyło to kochanie moje. Pobudkę wczesnoporanną mamy. Cza ucznia na zajęcia dowieźć (z naszej wsi żadna miejsko-państwowa komunikacja w okolice szkoły nie dojeżdza...), potem dziecki po placówkach oświatowych rozwieźć. Potem znów odebrać. Kasik zaczyna się buntować. Jak to - to ona już do końca roku do szkoły wożona będzie? No pewnie chyba tak, jeśli tatko nie ulegnie. Dla mnie same plusy: pojazd do dyspozycji własnej, czas własny do dyspozycji prywatnej i szalona dusza na szopingach. Ciekawam, kiedy źródełko się wyschnie... Zgłupiała baba na starość... Te nauki to ponoć dla mnie(!?!). Znaczy, On zdobywa papierek, ja robię robotę. Zapomniało jedynie mężówzięcie cudne, że to On jest po kierunku, nie ja, ale niech się uczy, ze szkodą nie będzie...

niedziela, 23 maja 2010

Siedzę, patrzę, czasem dumam. W wiadomościach nie widzę poszukiwanego. Urwały się informacje wrocławskie, Kraków zostawiony sobie; no tak, most ostał się, to nie ma większej sprawy. Warszawa choć najbliższa fizycznie, najdalsza jest mentalnie. I tu nasuwa się smutny wniosek - co dalekie, obce, nieznane nie wstrząsa nami, refleksje wywołuje na ułamki sekund. Gdzieś się bokiem tylko ocieramy i umyka. A może to naturalne. Zatem patrzę, czasem w monitor, czasem przez okno i nagle oczom pojawia się przedni widok. Niczym paproci kwiat pojawił się nagle w cudnym otwiarciu jeden, drugi, trzeci kielich...:

Jakoś nie dane było sprawdzić nazwy. Rozkwita każdego roku i cieszy oczy aż do późnego września. Oplata siatkę i skrzynkę nalistną. Z maleńkiego kikutka wyrasta, rozrasta się, bałamuci. W tym roku ogołocony. Zarazek ze trzy odnóżki oderwał. Miał pragnienie na niszczenie. Zubożył. Lubię tę "dziką" powojolilię. U podnóża, kołka na skrzynkę, rośnie takie też coś:

Szałwia to? Za chwast wtórnie wzięłam i rwać chciałam. Teraz bezpiecznie sobie rośnie, choć nie zapachowe nazbyt, kolor jedynie daje. Kojarzy się z lawendą upragnioną. Torebkę nasion posiadam i strach z pewnością wymieszany, że się nie wykluje z ziemi. Dusza podpowiada, że w uprawie amatorskiej i byle jakiej to lawendka kapryśna potrafi być. Tak czy siak fiolety dzisiejsze dedykuję z serca głęboko wszystkim wodnym Kobietkom. I krakowskim, i wrocławskim, podśląskim, a i warszawskim. Dzielne jesteście i w wylewaniu wody z piwnicy i w trzymaniu się w ryzach, i we wszystkich swoich lękach "widzianych" okiem i duszą. Podziwiam Was głęboko i niski ukłon składam. Wszystkiego dobrego życzę! Trzymajcie się silno!

Spokojnego i suchego tygodnia życzę. Serdeczności ślę wszystkim zaglądającym w te progi gościom... Pięknie dziękuję za pozostawiane komentarze!

sobota, 22 maja 2010
w czerwieni burej

Mężowzięcie przydzieliło zadanie do wykonania. Zapodało: "zawiozę, jeśli zrobisz...". Zapachniało szantażem, ale... opłacało się poddać. Nabyłam kolejne zestawy papierkowe i nawet kilka dziurkaczy. Niby nic, a cieszy, tym bardziej, że za bezcen w sklepowej sieci od skrapowania dalekiej; za bezcen kosmiczny! Do zrobienia zaś była karteczka. Oczywiście dla mamy. Zadowolona jestem połowicznie. Czegoś mi brakuje. Bałam się jednak zbędnego przeładowania, więc została się surowa forma...


Kolorystyka zdjęć przekłamana. Kwiatek na ten przykład jest wpadającym w purpurę, róż bardziej w czerwień, choć rozmytą, tło szare, co akurat widać całkiem dobrze, pasek po prawej stronie to intensywna, krwista czerwień, tu lekko wyblakła. Wszelkie dedykacje zewnętrzne wydały mi się w przypadku tej kartki zbędne. Wyraźnie czegoś brakuje... Lewa strona przepaćkana, prawa goła. Sama faktura papieru to chyba jednak zbyt mało. Trudno, poszło w świat. Ślicznie proszę o podpowiedzi i ponauczania, niech na przyszłość wiem, co robić, czego - nie!

ps. W ogródku zasiane ogórki, kryć to folią czy już nie? między pietruszką i koprem wykluły się: arbuz, margeritki, maki ozdobne i co tam tylko synowi podsiać się udało. Teraz nie wiem, co chwast, co żyjątko ozdobne. Zaraza jakaś czworonożna na żer przyszła i sałatą się poczęstwała, tudzież koperkiem z jednej grządki. Zostało nic. Zasłużył na kastrację!

Trzymajcie się silno dziewczyny z terenów powodziowych. Mam nadzieję, że ostacie się sucho, bez stresów, strachów i strat!

piątek, 21 maja 2010
co w ogrodowej trawie piszczy...

Z powodów niezależnych i leniem podszytych weny twórczej brak. Będzie mało pisania, a więcej do przyrodniczego oglądania. Lato czasem przychodzi na naszą wieś. Konwalie przekwitły, azalie też. Komar pcha się do chałupy, dwa ubite już osobiście. Czasem poświeci, czasem popada. Ogólnie zielono jest, koniczynkowo; wybujały irysy, tudzież do zakwitu bierze się juka, to ten chwilowy falliczny kikutek. Ze dwa lata ma, pierwsze to jej kwiecie będzie:

Róży pąk dla wszystkich "stęsknionych", wiernych czytaczy i oglądaczy. Tak mi się ciepło na serduchu zrobiło... Kobietki DZIĘKUJĘ Wam! Jesteście niemożliwie kochane!

środa, 19 maja 2010
powroty...

Małym kroczkiem wracam do świata dnia codziennego. W starczym wieku dochodzenie do siebie trwa nieco dłużej niż średnia starystyczna sugeruje. Do końca tygodnia mam nadzieję dojść całkowicie. A dochodzę po uroczystościach komunijnych. Niby nic, a okazuje się, był człek emocjonalnie niczym zwinięty kłębuszek, choć sam o tym nie wiedział. Kachna moja już jest pełnoprawną komunistką. Uroczystości były piękne. Dziecięcie wyglądało wdzięcznie, jak każda dziewczynka w tym dniu i w biel niewinną przybrana. Jako jedyna Kachna nie miała loczków. Wianek naciśnięty na główkę i pojawiła nam się niczym rusałka zwiewna. Wprawiła nas w dziki zachwyt! Swoją drogą śmieszność nastąpiła i przewrotność losu. Kasia z natury swej wrodzonej włos ma wijący się i niesforny. Pomyślałam, że trzy loczki takie niby frywolne zrobię. Niestety po zastosowaniu lokówki rozprostowało się i to co zawsze wijącym się było. Komunistów było sztuk 38. Siedziały sobie te niebożątka swobodnie po 4 w ławeczkach. Dużo się nie nasiedziały. Co i rusz któreś  wychodziło. Nie zdążyły się zmęczyć. Nie było patosu i nadęcia. Dużo natomiast dziecięcej nieporadności wzruszajacej i wspólnego rozradowania, nawet i śmiechu. Fantastycznie przygotowane. Niemożliwie wdzięczne, lekkie. W piątek po odejściu po raz pierwszy w życiu od konfesionału, Kaś zapodał, że nie było to takie "zestresowujące!" I taka była też uroczystość komunijna. Za co jestem Niebiosom silnie wdzięczna. Przyjęcie rodzinne na ogrodzie. Okraszone wdzięcznym słoneczkiem. Zabawy dzieci, miło spędzony czas dorosłych. Dziś komisyjnie lodówka wyszyszczona, wyposzczona. Ufff, skończyło się wzelkie żarcie. Od jutra sałata popijana wodą, na francuską modłę. A jak wiadomo, Francuzi chudawi są... Robótkowo zastój. Zacznę pewnie od poniedziałku. Po drodze popełniłyśmy  z córą kilka karteczek okolicznościowych. Niestety poszły w świat przed uwiecznieniem i popstrykaniem. Inna sprawa, że jakąś niechęć mam do robótek. Książki mamią i kuszą i tym pokusom z lubością się oddaję...

czwartek, 06 maja 2010
na szkocką nutę

... co prawda bez nut będzie, ale poniekąd o nutach. Czas zawirował, zakręcił, omotał. Na nic go nie starcza. Z resztek powstaje niechęć do działań. Robótkowo posucha. Leży rzucone odłogiem. Bywa, popatrzy się na to czy na tamto i pójdzie precz, do rąk nie wziąwszy igły ni nici. Latina odstręcza, tulipankom zostało maleńkie niewiele, a też zabrać się trudno. W sobotę Kachna imprezowała. Dziecków przybyło w ilości sporej. Te w jednych częściach ogrodu szalały, rodzice zasiedli mniej dostojnie do stołu w części drugiej i też było wesoło. Lubię te dzieckowe spędy. Lubię patrzeć, jak niewiele potrzeba, by zabawa wrzała, by grupki się tasowały, powiększały, zmniejszały. Lubię też rodzicielskie spotkania. Tak niewiele ich w tym gronie mamy. Niby się znamy, ale nie znamy, to i czas miło płynie. Kasiuk urodzinowo-imieninowo szczęśliwie wiosenna jest  i ten nasz ogród już jest lubiany, ba, jako stały punkt wpisany. To akurat miłe... Mniej miłe było wczorajsze spotkanie komunijne. Jak to delikatnie określiła jedna z mam: "czy my zawsze musimy wchodzić tak głęboko?!?", czy w ogóle musimy wchodzić? Skąd mam się ubrdało, że bez dodatku niczego nie załatwimy? Skąd ta niewiara w ludzi i niekonieczne dodatki z drugiej strony? Nie mogę pojąć! Absolutnie mówię NIE prezencikom i dowodom wdzięczność tam, gdzie nikt nie czyni uprzejmości czy przysługi, a li wyłącznie wykonuje swoje służbowe obowiązki! Uff, troszke ulżyło! Z tej złości powróciłam wspomnieniem do cudownych wrażeń szkockich. Tak dnia pewnego, ni to z gruszki, ni z pietruszki zabrał nas mężowzięcie na oglądactwo. Świat dudnił i kobził. Kiecki wirowały. Niestety żadnej nie podwiało wystarczająco wysoko...:

Niby kratka kratce równa, ale jednak nie. Wciąż zastanawiam się, co też pany w tych portmonetach wielgaśnych noszą...? Pochody takie szkockie robią wrażenie. Raz - muzyka dudniąca, dwa uśmiech na twarzach, trzy jakaś ogólna wesołość, radość z życia, bycia, obcowania. Kobzy w ilościach mnogich robią na ucho wrażenie mocne, ale najcudniejsze są bębny. Aż ziemia drży i w trzewiach łomoce! Porywa człeczynę w swe rytmy, zaprasza i mami wspólną zabawą. Kasia do tych pór nie może z niedowierzenia wyjść i zdziwienie. Pierwszy raz widziała panów w kieckach, pierwszy raz widziała na żywe oczy kobzy i nie mogła pojąć, czemu tak wszyscy jednakim ruchem "te gęsi" pod pachą gniotą. A na wiadomość, że pod spódnicą najprawdziwsza nicość może być, zdębiała i koniecznie chciała zobaczyć... Pytanie odwieczne zostaje tajemnicą. Może jest, a może nie... Wzruszały mnie całe rodziny w kratę. Duma ojców i małorosłych synów. Świadomość przynależności tak daleko od rodzinnych stron i szkockie psiaki też obowiązkowo w kieckach i oczywiście w kratę:


I na koniec cymesik!:


istny zachwyt, pyszna zabawa!

Zakładki:
1. tu spozieram
2. i tu
3. smaki i smaczki
4. druty
5. szycio-patchworki
6. inne
7. linki wszelkie śmietnikowe
Poczta: ulikop@gazeta.pl