RSS
sobota, 27 marca 2010
siłą rozrzutu...

Poniższa kartka była juz prezentowana. To pierwsze dzieło mego dziecka starszego, panny Katarzyny. Teraz już w pełnyhm ostatecznym szlifie:

Następne kartki niestety są kolorystycznie lekko oszukane. Nie oddają w pełni barw. Rzeczywistość to jednak ciekawsze spojrzenie na świat...

To ostatnie jaja klejone na ten rok (chyba). W programie kilka form prostych, coś tam jeszcze i pewnie nici dłuuugaśne z planów... Ale czy w tym właśnie nie leży życia urok? Pozdrawiam gorąco. Dziękuję ślicznie za wszystkie miłe słowa i tak liczne odwiedziny.

ps. Dziecko młodsze przytaszczyło wczoraj ze spaceru wiechecie forsycji. Żółto mi teraz w domku. Takie rozkwitłe, piękne one. Pierwsza poważna dekoracja świąteczna. Za oknami drzewa magnoliowe w pełnym rozkwicie...

piątek, 26 marca 2010
kolejna porcja rękodzieła kartkowego

Ostatnia kartka jest autorstwa dziecięcia starszego. Czyli obie Babcie obdarowane jajem od wnusi. Sic!

czwartek, 25 marca 2010
ufff, skończony

wtorek, 23 marca 2010
mniej zabawny...

 

To kolejny maleńkas z serii hafcików przedświątecznych...

Ślicznie dziękuję za odwiedziny i pozostawione komentarze. Pozdrawiam bardzo, bardzo wiosennie!

poniedziałek, 22 marca 2010
zawadiaka mały

 

niedziela, 21 marca 2010
ciąg dalszy kartkowania

Komunistkę mam w domu. Czas najwyższy zaproszenia powysyłać. Zniechęcona kartkami kupnymi, postanowiłam wykonać swoje własne, osobiste. Dużo ładniejsze nie są. Bez złoceń też się nie obyło, ale...

W projekcie oryginalna nie jestem. Troszkę mnie promienie zahamowały. Bez nich z lekka pustawo, z tymi już zrobionymi zdecydowanie jarmarcznie.  Dlatego koniecznie jeszcze trzeba albo po klej z brokatem w dozowniku jechać albo mniej wygodniej, ale pewniej efektowniej - po specjalny pisak "embossingowy", skoro posypkę złoceniową już mam. Kreski będą delikatniejsze i takie jak autorowi się zachce.

Przy okazji pytanie techniczne mam do osób już obeznanych. Otóż posiadam podkładkę, tę gąbkę, znaczy "pad" klejowy. Osobno klej w dozowniku. I teraz pytanie: czy gąbka już jest klejem nasączona i tylko należy wody dolać odrobinę; czy klej podać z dozownika? Nie posiadam instrukcji. A dotychczasowe próby wygladają tak, że na stemplu lepka nawierzchnia na długo po pracy pozostaje, na gąbce natomiast natychmiast obsycha, dokładniej zaś obsycha wciśnięty klej z dozownika. Co źle robię?

sobota, 20 marca 2010
podświąteczne maleństwo

... coś tam w dobie bezinternetowej dziubałam. Jakieś kuraki i inne sztuki...

Lejdiku, przyłapałaś mnie na gorącym uczynku. Fakt, kwiecie dzikiem powstało. Wylazło za grządkę. Przyznam się też do zbrodni haniebnej. Niemal odbudzoną różę zapodałam pod podcięcie. Taką dziką, w krzaku, wybujałą. Pod okno kuchenne wyrośniętą. Z badylem jednym, nawet ładnym, ale raz że mnie bywało straszył znienacka w szybę uderzając nocą głuchą (ten badyl), dwa róża zdziczała silnie, rozgałęziona nieludzko. Nie pozwalała rabatki porządkować. A teraz tam liści nasypanych od groma. Dość było walk przegranych z kolcem zaczepnym. Liściem się już puszczała. Wyciełam, w pień niemal. Może mi wybaczone będzie...

piątek, 19 marca 2010
Prognoza pogody

Taaaaak..., dziś jest pięknie, ciepło od samiuśkiego rana. Słonko świeci zadzierżyście. Zapowiada się być jeszcze cieplej. Wiaterek akuratny. Niebo przejrzyste. Ptaszęta wiją gniazdka. Nawołują się, przekomarzają. Miło jest. Kwiecie mami barwami. Jeszcze znikomymi, ale fiolety, żółcie i róże już są. Tak jest dziś. A wczoraj... Wczoraj na naszym podwórzu rosło drzewo. Wyrosło nim przybyliśmy. Stało sobie dostojnie tuż przy oknach zwanych salonowymi. Dokładniej oknie jednym, wiecej nie ma. Stało. Było. Dawało cień latem. Przybierało bajeczne pozy zimą. Cały rok za słupek do podwiązania sznura na pranie stało. A wiadomo pranie to ważne coś. Miło patrzeć na tańczące na wietrze desusy. Drzewo dziecki żywicą brudziło. Igły swe rozsypywało. To świerczek. Igieł w chałupie było od mrówki. Szyszki porozrzucane. Ale miła była świadomość, że jest. Wyrasta ponad dach domostwa, opiera o nie wdzięcznie swe kłujące gałązki. W salonie było zimą ciemnawo, ale latem przed słonkiem cieniło. Pod drzewem stół od wszystkiego stał. Tam się siedziało, dumało, było. Ozdoby zawieszało. A no właśnie - było, był. Godny, dorodny, rozłożysty, zaadoptowany, jedyny i ukochany. Był. Już go nie ma. W jednej nikczemnej sekundzie zrobiło nieznaczne trach, bum i z było stało się - nie ma! Nie ma drzewa, cienia, podpórki. Poszło w niebyt. Pomogła wichura. Cały miniony tydzień padało i wiało. Ale nie wiało, tylko W I A Ł O !!! W piątkowe popołudnie (tak akuratnie i uprzejmościowo po powrotach z prac) nastąpiło apogeum. Strach było z domu wyjść. Mężowzięciu, co to wyjść musiał, czapkę głęboko na uszy naciągniętą z głowy zerwało. Drzewa tańczy obłąkańczy taniec. Nasz świerczek też podrygiwał. Co prawda uznałam to za złudzenie optycznę, za rozdygotany leżący konar zimą jeszcze naporem śnieżnym złamany. Niemiło było. Ciemno i troszkę straszno. Deszcz z niesamowitą siłą uderzał w okna. Powietrze świszczało. Sceneria jak z najstraszniejszego horroru. Na słupach energetycznych przebicia, to i co rusz snopy iskier spadających. Wydawało się, że na burzę się zbiera. Co chwila błyski. Silne, intensywne. To prąd tańczył po drutach. Światło migało potępieńczo. Urządzenia techniczne wyłączone. Więc tym bardziej przygnębiająco. Dziecki poszły wcześniej spać. Gdzieś około 21. nastąpiło owo całkiem delikatne brrruum. Mąż wyszedł, stół złożyć i schować. Rowerki dzieckowe. Jakoś go tak natchnęło. Wrócił i kazał przez okno patrzeć. Pół podwórza w gałęziach. W oczach wystające korzenie. Padło ogromne drzewo! Chwała niebiosom nie na dom, nie na garaż, na sąsiedzki płot. I tak wijąco się utuliło, że go nie sponiewierało. Lekko tylko linię prostą ogrodzenie straciło.


Nie będe już pisać o tym, jak maluchy rano rozpaczały. Pierwszy raz w życiu odczuły stratę. Dobrze, że tylko drzewa. Co się okazało, na naszym skrzyżowaniu też katastrofa. Nasze, gdyż wyjazdowe i ledwie 2 posesje od niego dzielą. Dwa drzewa narożne podcięte i padnięte.


Linie energetyczne pozrywane. Prądu w kilku domach nie było. U nas tylko internetu. A istotne jest to, że na naszym osiedlu piece gazowe ciepło dające na rozpałkę też prądu potrzebują. Więc tam gdzie nie było prądu, nie było i ciepła w grzejnikach. Pół osiedla bez tv i internetu, garstka bez telefonu stacjonarnego. Gdy po burzy nastała cisza, czyli już w sobotę, wybraliśmy się na rekonesans. Wyrwanych drzew więcej, pozrywanych drutów też. Obraz dość ponury. Co dziwne, nie ruszyło koszy na  śmieci, nie pozrywało dachówek. Stasiowy rowerek stał grzecznie pod płotem, tak jak go dziecko zostawiło, zignorowany przez nawałnicę. Dziwnym torem ta wichura szła. Oszczędzała wszystko prócz drzew. Po żywiole zaś rozpoczęło się normalne życie. Oglądanie strat i czekanie na naprawy.  Chłopcy od napraw dość chyżo wzięli się do pracy porządkowej, gdy tylko przestało tak przeraźliwie duć, czyli już w piątek były bariery blokujące. Od soboty głównie stali, patrzyli i nie pozwalali zbliżać się do skrzyżowania. To u nas, co dalej, nie wiem. Panowie ze służb przyglądali się zwalisku i wiszącym drutom. My patrzyliśmy na panów. Do środy to trwało. Dzieci też miały odrobinę radości. Pod naszymi oknami co i rusz przejeżdzały plicyjne i strażackie auta w pełnym rynsztunku. Policyjne tylko ze światełkami, straż błyskała i nadawała przez megafony. Potem towarzystwo rakiem się wycofywało. Warto nadmienić, że mieszkamy na górce i na dodatek nasza uliczka, w dolinie się zaczynająca, choć krótka, dziwnie wijącą się jest. W dni wolne gęsto zastawiona parkującymi autami osobowymi i nie tylko. Przedni widok. Energetycy byli bezradni (powiedzmy). Deszcz pada, na drodze ogromne zwalone pnie. Na prywatną posesje wjechać widać nie można. A drzew usunąć się nie da, bo albo w innych punktach jeszcze gorsze widoki, albo sprzęt na przeglądy dany i go nie ma. A i na dodatek podjechać nie można, gdyż kable dalej prądem plują i na pniakach leżą. Zatem skrzyżowanie zablokowane, dwie ulice wyjęte z użytku. Chłopaki od prądu co i dnia o 10. zjeżdzali w kilka aut. Do 17. siedzieli. Spradycznie  na powietrze wychodzili. Widać wciąż naradzali się, kasków z głów nie zdejmowali. Cudne scenki rodzajowe. Dzisiaj już jest dobrze. Za tydzień ma znów podeszczyć i nawet śnieg jest  zapowiadany. Na drogach co i rusz blokady (naprawy po zniszczeniach nawanicy). A mnie jest ciągle drzewa żal... Internet już jest. U innych telewizja też! i takie piękne przed domem rozkwita:



czwartek, 18 marca 2010
pod krokusem

Taka wiosna u mnie, o:

Krokusy (dziczki, wciąż wychodza poza szereg i to właśnie te spoza linii mamią najpełniej...) z lekka zaczynają przekwitać, bo i pora już chyba ich. Do skoku szykują się hiacynty, narcyze są, w wybujałych paczkach są, zdjęcia nie ma, zamazane. Czas na prace gospodarcze. O tym co się działo do wczoraj, będzie jutro. Pozdrawiam słonecznie i cieplusio!

ps. ktoś kiedyś powiedział, że żółte pręciki w środku kwiecia to polski odpowiednik obcego szafranu?! Prawda li to?!

środa, 17 marca 2010
powrót do świata...!

... do świata utechnicznionego. Oj działo się przez ostatnie dni, działo. Bez techniki to nam się życie cienko plecie, jakże cienko bardzo. Okienko na świat zamknięte i zadek zbity następuje się być....

Wiosna upalna zawitała i szczerzy się pokracznie. Ciekawe, czy  już tak zostanie?!...

 
1 , 2
Zakładki:
1. tu spozieram
2. i tu
3. smaki i smaczki
4. druty
5. szycio-patchworki
6. inne
7. linki wszelkie śmietnikowe
Poczta: ulikop@gazeta.pl