RSS
piątek, 25 lutego 2011
puściła się...

...pierwszy raz w karierze hafciarskiej mulina puściła kolor. Na szalenie ważnej pracy. Na dziele największym mym tygodni ostatnich. Się wzięła i puściła. Czerwienią szkaradną. DMC. Numer zastrzeżony 498. Nie żadna podrabiana. Osobiście w sklepie kupowana, firmowym sklepie, świeżo, ze trzy tygodnie w tył. Rzucając na deskę do prasowania (kanwa mechanicznie przez pakowacza jeszcze pomięta, w kanciki) pomyślałam, acz raczej było to jedynie mgnienie nie myśl rozłożysta - ciekawe czy nie zafarbuje. Przekonanie o tym, że DMC nie farbuje ugruntowało się skałą granitową. Zatem prasuję spokojnie, parą dzieło raczę. Odstawiam, spozieram i niestety przecieram oczy. Za oknem buro i prawie szaro. Deszcz od rana pada. Śniegi roztapia. Przy takich warunkach w obecnych warunkach wzrokowych niemal nic nie widzę. To i pomyślałam, że to taki miraż od wpatrywania w czerwienie się zrobił. Ale nie. Co prawda w dalszym ciągu nie mam pewności wielgie to czy mniej, ale na pewno JEST! Od zadniej strony całość jakaś taka w czerwonawym, raczej buraczkowym maźnięciu. I też nie widzę całość czy li tylko mroczki kolor zmieniły. Chyba jednak całość. We wstrząsie jestem. Nigdy do tej pory.Owszem, zawsze musi być ten pierwszy raz. Niemniej... chyba tracę zaufanie. Wszak prace musowo należy parą potraktować. Pięknie się wówczas haft uwypukla. Zaprzestać? Niemożliwe! Chwała niebiosom, że się melanżyk z zielenią nie zrobił, zgniłą. Od fronta. Cholibka... Poradzę sobie. Dorobię jedno cycko i plamę zanitkuję, jednak wstrząs pozostaje... (a nie miałam o czym pisać..., to temat się znalazł...)

puściła się...

komentarz zostawiony, notka poszła do kosza. Ona zdublowana była. O wolne miejsce należy dbać i powtórki jednak nie uatrakcyjniają....

poniedziałek, 21 lutego 2011
Z pewną dozą nieśmiałości...

... rozpoczynam dzisiejszy dzień. Córa w domu. Zaanektowała ulubiony mebel i i wtopiła się w książki treść. W ramach nie mam co ze sobą zrobić przed zastartowaniem, błąkam się i przed komputer zasiadam. Za oknem po tygodniowej wiośnie znów biało. I słusznie. Oko do spokojnej bieli  przyzwyczajone.  Kiedy po tygodniu ciepła zeszła niemal w całości styczniowa zmarzlina i wreszcie można było zobaczyć, co zza zakrętu wyjeżdza (takie zaspy były), okazało się, że świat wyłonięty brzydki jest, chwilami nawet wstrętny. Teraz znów jest ładnie, spokojnie. Bajkowo. I w tym bajaniu przyszedł czas na szycie. Wystawiłam maszynę. Materiały przygotowane. Czas na poważne prace. W planach makatka. Nie lada to wyzwanie. Szyłam kiecki, spodnie, jakieś marynary, ale makatki, jako żywo nigdy nie.
Przy okazji okazało się, że moja maszyna chwilowo zdechła. Nie ma w sobie będenka. Był i nie ma. Widać musiał wywędrować. Nie wykluczam, że przy pomocy pańci swej. Posiadana maszyna pożyczona jest. Za chwilę ją wypróbuję. Oj, będzie się działo...

DSCF8528

Działo się będzie głównie dlatego, że dopiero zapoznaję się z ustrojstwem. Całe swoje życie pracowałam na starym Łuczniku. Porządna, solidna maszyna. W kolorach pomarańczowo-szarym. Moja ukochana. Bodaj numer modelu 487. W brązowym pudle. Została u Rodziców. Sama nabyłam coś plastikowego. Obcego. Dziwnego. Od pierwszego razu nie przypadłyśmy sobie do gustu. Zobaczymy dziś. Wszak nie jesteśmy sobie przypisane. Łączy nas ledwie chwilowy popis krawiecki. Materiały to też cały zachód. Na moich wsiach nie ma sklepów tekstylnych. Niby coś jest, ale albo obiciówki, albo tiule nastebrzane. By nabyć najpospolitszą bawełnę muszę jechać jak nie przymierzając z Krakowa do Warszawy i nigdy nie ma pewności czy zakupu dokonam. Tym razem udało się. Miała być zmazana zieleń i pasująca czerwień, też zmazana. Wybór duży, ale nie w upragnionych kolorach. Jest co jest, na zbliżeniu:

DSCF8530

Przy okazji mam prośbę. Poszukuję łopatologicznej instrukcji na zrobienie rogów jak w obrazkowej ramce. Czyli rogi łączone na skos. Lubię sobie utrudniać życie, ot, taka fanaberia...

Pozdrawiam gorąco!

sobota, 19 lutego 2011
Kartka dla Pani młodszej

dla odmiany, ta jest wybitnie ascetyczna:

DSCF8502

DSCF8492

DSCF8493

DSCF8498

DSCF8490

Obie kartki poszły kilka dni temu w świat. Mam nadzieję, że będą miłym dla oka dodatkiem do życzeń. Jak zwykle koncentruję sie na niedociągnięciach i choć wciąż się uczę, to nie lubię partactwa. W całożyciowym mym rozgardiaszu uchowało się kilka stref (malusich) walczących o miano króla perfekcji. Od miesięcy walczę z panna córką, by prace oddawane do szkoły były czyste, z niepogiętymi rogami i pięknie wykaligrafowane. Zaś kartka pisana do pani musi być idealna. Nożyczki i równe złożenie, to nie jest gigantyczny problem. Tego czepaić się będę zawsze. To i przyczepiłam się do cwietuszka. Pierwszy on w prywatnej karierze rękodzielnej. Niby jest ok, ale... nie unosi się a płaszczy, widać ślady nadpaleń. Materia sztuczna aż miło kontaktowała się z płomieniem świecy. Czy to ma jakiś wpływ? Popracuję jeszcze z gazem, może się nie nadpalę...

Dziękuję za odwiedziny, komentarze pozostawione, to taki miły namacalny ślad bytności w myszulowych progach.

Życzę spokojnej i słonecznej niedzieli oraz szalonego, roześmianego tygodnia.

piątek, 18 lutego 2011
Kartka dla starszej Pani

Z przykrością stwierdzam, że nie potrafię zachować umiaru. Wielbiąc prostotę i przestrzeń w swoich poczynaniach, o ironio, wciąż naddaję i nadwybrzuszam. Taka jest i obecna praca. Kartka w założeniach sentymentalna, delikatna, w rzeczywistości przedobrzona. Pociechą może być tylko fakt, że w żadnym kiosku takiej się nie dostanie:

DSCF8486

DSCF8483

DSCF8482

DSCF8477

DSCF8476

DSCF8455

Kartka w środku wyklejona papierem czerpanym, różowym delikatnie, z trawami i płatkami róż wplecionymi.

Pozdrawiam gorąco, pięknie dziękuję za odwiedziny i pozostawione komentarze.

czwartek, 17 lutego 2011
bez ambicji...

... taka konkluzja nasunęła się dość płynnie  i owionęła nie tylko całą osobę, ale i całą kuchnię, z rana, podczas szykowania żarełka dzieciom do szkół. Chyba pozbawiona jestem ambicji permanentnie.  Zawyło ponownie i utwierdziło się kamieniem, gdy popatrzyła na kubek z kawą. I chyba tak jest. Kubek skojarzył się z faktem, że nie czuję w sobie potrzeby zanabywania specjalnych ekspresów tylko po to, by ugościć gości jakąś nadzwyczajną kawą. Żadnych specjalnych filtrów, podciśnień, czajniczków tylko na tę jedną konkretną wodę, żadnych cudów i zachodów. Chcą mieć specjal, niech idą do specjal kawiarni. U mnie nawet zwykłego proletariackiego ekspresa nie ma. Uznaję tylko plutą z fusem na dnie, ok, mieloną w pospolitym młynku, przyznaję. Przyznam też ekshibicionistycznie - kawy wymyślne po domach jakoś mało mi smakują. Widać smak mój wysublimowany jest: ma być nienazbyt mocne, i z ogromną ilością mleka. Czy to w ogóle kawa? Dla mnie tak. W ogromnym kubku dodam, takim a la czajnik już libo saganek. Po innych schodzę boleśnie. Najintensywniej chyba po tych zapachowo dosmaczanych. Wracając jednak do głównego nurtu rozważań ambicjonalnych (te się nasuwają najczęściej przy szorowaniu kibla, tudzież w łagodniejszej formie przy obierkach ziemniaczanych. Prasowaniem jakoś szczęśliwie omija. To forma uatrakcyjnienia monotonii zajęcia czy tak ot i po prostu? ... jeszcze wniosków brak, acz powtarzalność miejsca i akcji jest symptomatyczna). Zatem kawowo ambicji brak, W kuchni też ma być szybko i zjadalnie, ale żeby poezje tworzyć? Zdecydowanie wyobraźnia szwankuje. Skoro jednak z zapartym tchem podziwiam dzieła innych, to to może sektor pozaambicjonalny? Na pewno jednak nie zamartwiam się wymarzonym domem, ogrodem, kuchnią, kolorystyką i duperelkiem zwanym detalem. Jakoś szkoda mi na to energii. Acz poczuwam to za diametralny brak ambicji. Owszem lubię pooglądać foty w gazecie czy na blogach. Miło popatrzeć na przyjemnie urządzone wnętrze (kolor!). Żeby jednak co do malusieństwa wszystko mieć zaplanowane, gdyż niby wymarzone. Trudno się zdecydować - podziwiać czy ominąć? Ale to chyba głębokie bezambicję nie mieć pragnienia, nawet wizji. Owszem, kiedy oko zamknięte, pojawia się obraz. Fragmentaryczny. Ścianami może. Klimatycznie. Gdyż to klimat rządzi życiem i potrzeba chwili dłuższej... Zadziwia mnie takie zbieranie latami poszczególnych elementów - zasłonek, narzutek, figurki lubo nie, komódki, ramki na obrazeczek, nawet farb w katalogach, by w końcu, kiedy pomieszczenie jest już do dyspozycji - wstawić, narzucić i mieć. Z wcześniej zaplanowanym dokładnie miejscem ustawienia i powieszenia gadżetA. To u mnie jest nie tylko brak ambicji, ale jeszcze i ładu, i porządku, i sztywnej systematyki. Co poradzić, że czasem to nawet troszkę śmieszy - cytata: "moja wymarzona kuchnia", jakaś taka obrazkowa, z najdrobniejszym detalem, z grubością blatu, co by on się idealnie wysokościowo z krzesłami w rogu zgrał. Się czepiam i to całkiem bez ambicji...! No i domu wymarzonego nie mam. Mam pragnienia. Mieć swoją dziupelkę, ze swoimi szpargałami i wyraźnym zakazem wejścia nieproszonym. Ogromną bibliotekę, w sensie po ostatni centymetr zapchaną książkami, z głębokim fotelem, delikatnym światłem i górą przytulnych pledów i widoki z okien na przestrzeń i zieleń mam... Póki co jednak to problem z okami mam. Się wzięły i zbiesiły. Coraz nachalniej odmawiają współpracy. Się zaparły i mętnym zamgleniem się śmieją. Patrzę, a nie widzę. Magia jakaś? Dzubam obecnie maleńkasa. Na '18. w kolorach nieba. Po 17.00 szansy na prace brak. Nie widzę. Nie tylko gdzie się wdłubać. Nitki na igle nie widzę. Literek w książce nie widzę. Wieczorkiem. Tafla jakaś mleczna wstawiona. Obrazu brak. A tu wiosna idzie. Coraz cieplej. Wiatry dują aż miło. Śnieg topnieje. W powietrzu armie zarazków tudzież innych wirusów. Wiewióry skaczą po dachu. Zwierz się wybudza. Drogi w dziurach. Słonko w oczy. Pięknie jest, choć bez ambicji...

wtorek, 15 lutego 2011
w czerwieniach i różach

Karteczki na wczorajszy dzień. Jedna dla Kasi, dwie dla młodzieńca. Nieskromnie jestem z nich zadowolona. Co prawda dopiero na zdjęciach zobaczyłam dziesiątki uchybień, niedociągnięć, niepotrzebnych paćnięć. Ważne jednak, że się podobały i dzieciom, i paniom. Zdjęć będzie od groma. Nie potrafiłam wybrać tych najciekawszych, o najlepszych mowy nie ma, wszystkie marne. Traktuję je jako zapis na przyszłość...

DSCF8453

DSCF8399

kwiecie wypełnione przezroczystymi kulkami w różnych odcieniach różu i włosiem metalicznym, pyszny wynalazek:

DSCF8404

Środek tej poważnej karteczki wyposażony jest w papier czerpany, w kolorze lekkiego różu, z wklejonymi drobinkami róż:

DSCF8408

DSCF8410

Różnokolorowe serduszka dodatkowo przełamane i dopstrzone są metalicznymi sześciokącikami. Pięknie się mienią, dodają blasku, ożywiają (na zdjęciu oczywiście tego nie widać!):

DSCF8412

wielowarstwowość...:

DSCF8450

DSCF8418

DSCF8423

DSCF8428

DSCF8429

DSCF8452

poniedziałek, 14 lutego 2011
i serduchem go...

Jak wiadomo, dziś są walentynki. Kolejne święto co to ogłupia głowę i opróźnia kieszeń. Ale wdzięczne jest, słodkie jest i dzieci młodsze bardzo je lubią. W tym roku Kasia uznała, że żadnych karteczek robiła nie będzie. Nie ma ochoty i słusznie. Może jedną dla Pani swojej, taką z wyrazami sympatii (następny wpis) i dla drugiej pani odrobinka słodyczy. Na słodyczach się dziecko skoncentrowało. Miast karteczek zapragnęła przynieść domowej roboty ciasteczka, te z serii kruchych. Dwie wersje. Bez pomady:

DSCF8397

i z pomadą:

DSCF8396

Nie są wyładzone i wygładzone, jednakiej wielkości, tudzież grubości. Jako nędzna kucharka i neptyk kuchenny o detale zdecydowanie zapominam dbać. Ale są pyszne! Co sprawdziły dziecki osobiście i stąd pragnienie podzielena się podobnymi z kolegami. Przepis zaczerpnięty od Wiosenki 27 z blogu eksplozja smaku. Właściwie to połączenie dwóch przepisów. Dla zainteresowanych podaję recepturę:

50 dkg mąki
15 dkg cukru
margaryna (kostka wystarczy)
2 jaja
łyżeczka proszku do pieczenia (powiedzmy bardzie płaska niż czubata),
łyżka kwaśniej śmietany
opakowanie cukru waniliowego, acz niekoniecznie.

Klasycznie zagniatanie po uprzednim połączeniu, jak to w przypadku ciasta kruchego. Margaryna w kosteczkę i do całości, nie rozpuszczać (to informacja dla absolutnie początkujących) i na bardzo długo do lodówki, po wcześniejszym owinięciu folią. Konsystencja jest lekko rozlazła. Dlatego też  można dać więcej mąki. Ja używam tortowej i wciąż muszę dosypywać. Pieczemy ok. 12 minut w temp. 180 st. C. Nie da się rozwałkować. Zaraz po upieczeniu ciasteczka są delikatnie mówiąc... niesmaczne. Z każdym jednak dniem nabierają nieziemskiego smaku.  Moje posiadają posmak solny (eterycznie delikatny). To pewnie pochodna użytej margaryny. Taka jest i już. Z "Kasią" pewnie będą inne. Wierzę, że równie smaczne! Czego serdecznie życzę! Serduchowo i walentynkowo!

Krzyżykowo nadal tyłek w lufciku, czyli twierdzowa tajemnica.

Pozdrawiam gorąco w ten cieplusi dzionek i życzę spokojnego, dobrego tygodnia!

poniedziałek, 07 lutego 2011
jak ta tabaka...

tak i ja ciemna i bezrozumna jestem. Skończyłam kolejny z tajnych projektów. Ten nawet wyględny jest. Z charakterem. Byłby. Gdyby go pańcia dobrze zrobiła. A nie zrobiła. Kto to bowiem widział, by białą muliną po jasnej kanwie krzyżykować?! Gdzie biel jasną ma być. Gdzie podkreśleń brak. Gdzie ona o sensie całości stanowi. Durna baba miała w rencach co i chcieć. Beże, podpalaczki wszelkie, herbaciane zestawy prywatnie produkowane, khaki, niebieskości, piaski, ostatecznie owsianki. To nie, za ajworego się wzięła. Za biel pożółciałą. Gdzie głowa i rozum były?! Poszły spać chyba.

DSCF8336

Przyjdzie drugą warstwę białego nałożyć. Z 4 nitek powinno już być widoczne. Ewentualnie satyną pojechać? też w 4 nitki będzie. Myślałam nawet o kleju nabłyszczanym, tudzieć o cenentowym śnieżku, jak na kartki. Cholibka. Tak szybko i ładnie szło. To i po drodze podzdychnąć musiało. A robiona biel bielą najbielszą, najczystszą, DMC nie white a B5200 co to zdecydowanie bielsza jest. Myślałam o bieli nocą świecącej. Ale ona taka świecąca jak gwazda w pochmurną noc, w każdym razie efekt taki sam, żaden... Po tym słowie samokrytycznym lepiej się na duszy zrobiło. Do poprwaki można przystąpić. Jutro staniemy oko w oko z maszyną. Ciekawe, czy się naprawiła?

Pozdrawiam gorąco w ten odwilżowy dzień błockiem tu a zaspami śnieżnymi tam rozsiany i spokojnego tygodnia życzę!

piątek, 04 lutego 2011
o zimie, czytaniu i pisaniu...

... dziecię starsze wróciło wczoraj ze szkoły i od proga zakomunikowało, że zimy zostało nam jeszcze tylko marnych tygodni 3 (to na okoliczność świstaka oczywiście, młodsze też świergotało, że ptaszki będą przyfruwać...). Potem będzie wiosna w zimie, ale to nawet dobrze. Raz - nie będzie się przewracać na oblodzonych chodnikach (gdzież Ona te chodniki widzi?), dwa wolnego od szkoły nie będzie. Znaczy być będzie. Przewidziane i w kalendarz szkolny dawno wpisane. Nagłych dni wolnych nie będzie. Takich co to się panna Kasia z rana dopiero dowiaduje i takich jak te minione dwa byłe. Te które alarmem śnieżnym rozbrzmiewały i ogłaszały drzwi szkolnych zamknięcie. Na pierwszy dzień dziecko nawet się ucieszyło. Wszak z biblioteki 5 książek sobie przywiozła dnia uprzedniego. Matka czytać nie pozwoliła, do spania zagoniła. To wreszcie mogło dziecko bez najmniejszych wyrzutów i uwag nauczycielskich lekturze się oddać. Kataśka namiętnie czyta w szkole. Co jakiś czas pani delikatnie zwraca pannie uczennicy uwagę, właściwie to nawet bardziej z prośbą się zgłasza, co by uczennica na chwilkę lekturę przerwała i w zajęciach pouczestniczyła. Skoro zatem brat w przedszkolu, tate w pracy, mać przy swoich zajęciach - dorwało się zgłodniałe dziecię do książek i przewaliło całą równą piątkę. Z wieczora załkała, że nie ma co czytać. Drugi dzień postojowego okazł się być dziką sromotą. Brat znów do przedszkola (inna wieś, inne zarządzenia), czytadeł brak. Biblioteka nieczynna. Rozpacz istna...

Czemu o tym wspominam? Czytanie z pisaniem mi się pokojarzyło. Co jakiś czas czytam takie miłe, ciepłe słowa o moich wypisach. Tu słówko, tam dwa. Bardzo one te słówka miłe i budujące. I bardzo, bardzo onieśmielające. Powodują wypływy rumieńca ceglastego, zawstydzenie z pierwszej randki i jakieś wewnętrzne, delikatne podhukiwania. Pretensji do słowa pisanego nie mam. Gdzie mi tam do Aty. Do Jej polotu, humoru, rozmachu i fantazji!!! Prawdę powiedziawszy to w robótkowym światku blogowym dużo jest kobietek z doskonałym piórem i rewelacyjnym wyczuciem językowym. Dlatego tym bardziej miło, kiedy komuś i moje bajdurzenia się podobają. Przepięknie dziękuję tym wszystkim, którzy zaglądają do mnie, by poczytać, a potem ew. pooglądać i mają siłę dotrwać do ostatniej kropki. Podziwam takich desperatów głęboko! Więcej pisać nie będę. Wzruszyłam się. Idę poczytać...

Kosze serdecznych, wdziecznych uśmiechów ślę!

 
1 , 2
Zakładki:
1. tu spozieram
2. i tu
3. smaki i smaczki
4. druty
5. szycio-patchworki
6. inne
7. linki wszelkie śmietnikowe
Poczta: ulikop@gazeta.pl