RSS
sobota, 30 stycznia 2010
wyobraźnia na spoczynek (3)

Całkiem spokojnie może poodpoczywać. Obrazek krzyczy dużym sobą. Reniferki Elish i Dorotki rozbawiły mnie do łez. Słodka wizja.

Cebulka pod nóż i do tańca z miodkiem. Zaraz potem dawka czosneczku. Może to uratuję pannę Kasię przed sromotą. Dopada i nas. Młodsze wdzięcznie pokasłuje i smarka. Szczęśliwie nie w rękawy, mężowzięcie połamane, sąsiadeczki padły na placu boju. Walczy jeszcze Kataśka. Walczy tym silniej, że ma proszone popołudniem urodzinki u kolegi. Zrezygnowała dziś z koszykówki, z zabawy zrezygnować nie chce. To w ogóle twarda sztuka jest. Uznała, że przecież kiedyś też tak już miała. Potem sobie za dnia pospała godzinkę i obudziła się jako młody bóg. Fakt. Było tak! Jutro uroczystości wstępno-komunijne. Od poniedziałku do szkoły. Kiedy ją kurować? A uparło się dziewczę dostać dyplom za zerową nieobecność.... Póki co dostała leka na zbicie temperatury i bryka teraz niczym koza na łące... to może i będzie dobrze?! Daj Boh!

Miłego, spokojnego i ciepłego odpoczywania życzę na ten weekendowy czas. Dziękuję też ślicznie za wszystkie odwiedziny i pozostawiony na piasku ślad...

piątek, 29 stycznia 2010
zabawa w wyobraźnię (2)

Oczywiście dla chętnych z natrętnym pytaniem, co to może być?:

Rozwiązanie zagadki do najtrudniejszych nie należy. Właściwie już widać. Nagrodą za poprawną odpowiedź jest prywatna satysfakcja!

czwartek, 28 stycznia 2010
świat się sprzysięga...

Od kilku dni nie mogę wyjechać z domu i pozałatwiać swoich najbardziej skrytych spraw. A to to, a to tamto. To odwiedziny, to niańczenie, a jak juz towarzystwa brak, to pogoda daje się we znak. W poniedziałek duło straszliwie, dziś od rana sypie. Niby takie marne nic, a nawet z solą kiepsko się jedzie. Ściąga, zrzuca. Nie będę ryzykować. Może jutro się uda. Wczoraj nie udało się dokończyć aniołka. Nic się nie udało ze staroci. Uznawszy, że nic na siłę, rzucił się człek na nową prackę:

Całkowita zmiana tematyki, kolorystyki, klimatu. Anieli niech czekają, ptaszyna na ostatnią fotę też. Teraz oddaję się żółciom...

Dla przełamania kolorków prezentacja jeszcze takiego czegoś:

We zamyśle miał to być lekki brudny róż, taka niby róża pustynna, delikatne maznięcie, nieznaczne zaznaczenie koloru. Widać sypło się proszku minimalnie ciut więcej o jakieś trzy garstki. Wyszło to co wyszło. Do tego mało równo. Obróbce poddano kanwę białą i beżową. Różnicy brak. Złapało tak samo silnie i namiętnie. Bez subtelności. To ciapate natomiast to kanwa biała obsypana papryką i herbatą, zwinięta, zakręcona. Wypłukało środki dodatkowe i zrobiło maziaję w jednym tylko miejscu. Cza próbować dalej...

środa, 27 stycznia 2010
ki diabeł...

takie oto qu... od ponad 3 tygodni męczę...:

I wciąż końca nie widać. A to gwiazdka niewymiarowa, a to obwódka nie po tej linijce skośnej, znaczy skrzydło pomniejszone. Sam w sobie śliczny jest - był  we oryginale. Serce do niego straciłam. Chyba z powody tła. Źle dobrane i powstał klops. Teraz idę dziecki niańczyć, może uda się te kilka xxx postawić i 3 linie dodać. Jedno co cieszy, to śliczny błysk nitki metalizowanej...

poniedziałek, 25 stycznia 2010
futurystycznie z lekka...

Za oknem dziwnie. Wiatr. Głowę chce urwać. Buro, deszczowo. SmENtnie. Gałęzie czynią szalone, psychodeliczne wygibusy, co drobniejsze drzewa w pas się kaniają. W powietrzu tańczy wszystko. Torby, plastikowe butelki, papiery. Po trawnikach i drogach walają się kosze i wszelkie śmiecię. Dość makabryczny to widok. Deszcz tnie po oknach. W domu drzwi otwiera z trzaskiem. Wyciąg strzela, po pokojach woła: uuuu, huu, uuhu... Dla podkreślenia czy utwierdzenia atmosfery młodze człowiecze dzwoneczkami dzwoni. Brrrrr. Jak w horrorze czy też innym obrazie katastroficznym. Same RRRR i szeleszczące dzwięki się narzucają. Ciemno, straszno. Sennie. Leniwie. I znów przygnębiająco. Trwożnie... Za chwilę druty pozrywa. Aaaaaa...

piątek, 22 stycznia 2010
prawie finisz

środa, 20 stycznia 2010
emocjonalny szok!

Siedzę sobie radośnie i odpoczywam przed komputerkiem po dłuuugim dniu z latoroślą. Cisza, spokój, dokładnie tak jak być powinno. Zatem siedzę i robię prasówkę. Nocką w komputerze. Takie życie. W oko wpada hasło "Rewers". Otwieram informację, czytam. Otóż film nasz rodzimy nie będzie walczył o Oskary. Został odpółkowany. Właściwie było to do przewidzenia. Można się nawet dziwić, czemu właśnie ten obraz został wystawiony. Amerykanie przecież nie znają naszej historii, nie pojmą niuansów z filmu.  Nie to mnie jednak wzburzyło. Zszokował komentarz człowieka, mniemam, że bardzo młodego, też bez znajomości historii i ośmielę się nazwać zjawisko po imieniu - głupiego! Cytuje :

"dla tego filmu tylko nagroda IPNu...chała jak rzadko...moralnie obrzydliwe..zamordować faceta za propozycję donoszenia na kierownika... (...)" Tomasz

Cóż, facet nie zrozumiał filmu. Bywa. Powiedzmy sobie szczerze - produkcja nie powala na kolana. Reklamy zapowiadały coś więcej. Osobiście czuję delikatny niedosyt. Brak mi obiektywizmu w kwestii aktorów. Wszystkich lubię. Właściwie obejrzam film dla A. Buzek i M. Dorocińskiego. Panie Polony i Janda to klasy same w sobie. Dorociński mógł się troszkę bardziej postarać, minimalnie, ale jednak. Zachwyca mnie jego znudzenie i spokój. Gra bardzo podobnie, ale nie jest męczący. Nie wiem, czemu w A. Buzek tak dużo ludzi nie chce zobaczyć dobrej aktorki.

Wracając jednak do meritum. Zatem okazuje się, że donoszenie na innych jest absolutnie oczywistą oczywistością. Jest ono poprawne etycznie. Owszem nie można mordować. Bohaterka filmu zrobiła to. Należy jednak zapytać DLACZEGO! Przecież zawsze i wszędzie należy doszukiwać się motywu. Nawet w sklepie z naburmuszoną ekspedientką, a już na pewno w każdym niepokojącym zachowaniu naszego dziecka!!! Wyjaśniam dlaczego. Dlatego, że w kodeksie Sabiny, osoby urodzonej i wychowanej w duchu kultury nie było donosicielstwa! Jej zwyczajnie nie mieściło się w głowie, że można kogoś szkalować, obmawiać, podawać informacje niesprawdzone! Uczono ją dyskrecji i szacunku dla drugiego człowieka. Uczono pokory i obowiązkowości. Odpowiedzialności za swoje czyny. Wychowywano w kulcie pracy, uczciwej pracy. Dlatego trwożyły ją pokrętne kariery niedouczonych i niekulturalnych ludzi. Ich arogancja, nonszalancja, krzykliwość, niedelikatność, bezwzględność, wręcz butność i brutalność. To całkowicie obcy jej świat, do którego została wepchnięta. Odnoszę wrażenie, że fakt zabójstwa został świadomie wyolbrzymiony, by ukazać inne, lepsze wartości.  Z drugiej zaś strony jakie wybory ma osoba szantażowana? Sabina nie godziła się donosić, gdyż nie pozwalało jej na to całe jestestwo, cały bagaż kulturowy, praca minionych pokoleń, wychowanie i postawy rodziny. Nie godząc się - narażała najbliższych na niebezpieczeństwo. Nie ratowała siebie. Ratowała najbliższych i zasady! Wiedziała, że musi ponieść konsekwencje swego czynu, również uwikłanie w dziwną upragnioną miłość. Oczywiście można było ograniczyć się do zaniemówienia człowieka i męczenia się z "zamurowanym" chamstwem. Może nawet tak byłoby lepiej. Bronisław żyję, acz jako sparaliżowana niemowa. W ramach pokuty opiekuje się nim Sabina. Tylko.... Ano właśnie, owo tylko. Po co męczyć nieszcześnika, skoro i tak był chwastem ludzkim moralnie zepsutym i czemu znęcać się nad było nie było tą szlachetniejszą z postaci...

Szokiem napawa, że złe jest akceptowane, promowane, chołubione. Odsyłam do tekstu Ewy Paczłorkowskiej i komentarza Ani. Osobiście nie rozumiem tego świata!

 

kurcgalopkiem

 

Dziś i teraz sam tylko obrazek bez powiastek. Po chałupach biegamy. Czasu na życie brak. Tamarka i Ewuś Paczłorkowska - Lalki, Wasze blogi wybijają mi Mozille. Nie można spokojnie poczytać, o komentarzykach tylko marzę. Dlatego krótko tu: bardzo podoba mi się obrazek chrzcielny Tamary. Jest prześliczny w swej delikatności i taki najskromniejszy w oprawie jest najpiękniejszy. Kotom nie mogłam się poprzyglądać. Chyba będę zgrywać na dysk. Inaczej przerywa mi wszystko, cały system, hi, hi. Co Wyście sobie kobietki tam zapodały?! Ewa, ta komercja jest straszniejsza niż nam się wydaję. Znacznie straszniejsza, a najstraszniejsze są jej bliskie konsekwencje. To bowiem co się dzieje już dziś, to ledwie przygrywka. Po uszy jesteśmy zanurzeni w koszmarnej tandecie i tak długo jak nie odrodzi się kultura, tak długo będziemy grzęznąć w tym bagienku. A jak ona ma się odrodzić, skoro niszczy się wzroce, opluwa mądrości, wyśmiewa z zasad?!

Będę się do Ciebie przebijać! I na sam koniec już pochwalę się, iż otrzymałam cudnej urody obrazki baletowe. To się moja córa ucieszy! Ja cieszę się już teraz. Tym bardziej, że przywędrowały do mnie z dobroci ludzkich serc!. No to czy życie nie jest piękne?! Jest i jest nadzieja, że się spsianej komercji nie damy i wygra ludzka mądrość i dobroć! sic!!

wtorek, 19 stycznia 2010
spłonęłam...

...czerwienią, rumieńcem, pąsem. Kobiety kochane, nie zasłużyłam na tyle pochwał i słów miłych. Wy zamiast o pracach ręcznych to o stylu i pisaninie się wypowiadacie. Tchu mi zabrakło. Połasiło mile i zawstydziło jednocześnie. Nie nawykły człowiek do oklasków. Ślicznie Wam dziękuję. Za to, że zaglądacie, by poczytać, że macie chęć i cierpliwość. Za być może wypatrywanie kolejnych pisiadeł i za te cudne słowa. Czuję się zaszczycona!

Straszna gaduła jestem. Kiedy zapas gadulstwa wyczerpie się, słuchać lubię. Zachłannie i nieskończenie. A tak mnie życiowo zawirowało, że na te pogaduchy i wsłuchiwania nie mam możliwości. To sama sobie i gadaczem i słuchaczem jestem. I narzucam styl i paplanisko. I aż zdziwiona jestem, że jestem rozumiana. Rzuty hasłami, przeskoki z tematu na temat, przy tym inwersja, czasami dialekt, czasem neologizmem. I proszę, oto okazuje się, że przypadło to do gustu kilku osobom. Wzruszyłam się. Nie wiem, jak mam podziękować, za tyle pochlebstw. W życiu dziennym to chyba lekko bym pozłośliwiła, podrwiła, taka wredna baba jestem. Dziękuję Wam KOCHANE!

Słowo było kiedyś moim narzędziem pracy. Głównie słowo pisane. Wysoko je sobie cenię i nie będę ukrywać, szukam pisanego. Stąd wiem, że kobietki cudnie piszecie. Z humorem, ciepłem, mądrością. Myszulowa to ledwie uczniak nieporadny jest. Co tu kryć - kiedyś zwątpienie wkradło się pod strzechę. Błędy, nijakość, bylejakość, wręcz bezczelna pustka wypowiedzi i te okrutne roszczenia, ta irytująca nonszalancja. Niemiło z tym było. Aż odkryłam blogowisko i dziesiątki fantastycznych tekstów. Zachłysnęłam się. Wiara znów wróciła i z przyjemnością poczytuję. Czasem historie z życia, częściej dywagacje na dowolny temat i te są najpiękniejsze. Soczyste, powalające, oszałamiające, pełne, właściwe, niepowtarzalne, poprawne językowo, z piękną, okrągłą polszczyzną! I o dziwo najbardziej lubię poczytywać kobietki robótkujące... Jest w Was i konkret i magia!

Tak sobie nieznośnie myślę, że jeśli dalej będziecie chwalić, to fanclub założę i na prezeskę się zgłoszę, o!

W ramach powrotu na ziemię kolejna odsłona:


idziem dalej...

Kolejna odsłona:

Oczywiście, że nie powiem, co to jest. Sama nie wiem. Gałązki. Bezlistne. Kojarzenie mam z takimi krzaczkami, które latem prócz listków posiadają również białe kuleczki w sobie. Dzieckami będący kuleczki te namiętnie zbierało się. One strzelały. Się ściskało, pstrykało i one oddawały odgłosy. Nazwy słownikowej krzewu jako żywo nigdy nie znałam. Teraz nie pamietam nawet jak to w gwarze dziecięcej nazywaliśmy. W jakim celu garściami się rwało, też nie pomnę, bo chyba nie do tego purkania...?! Patrząc na obrazek te kuleczki właśnie widzę. Na chwilkę zmrożone. Właściwie to widzę obrazy z dzieciństwa. Zimy prześnieżne, mroźne, zaspą obłożone. Brakuje może na obrazku korali jarzębiny. Taki właśnie obraz utkwił.  Kombatancko się porobiło.... Po prostu kilka jeszcze lat temy zimy zimę przypominały. Klimat nie był rozgrzany, o reniferkach nikt nie słyszał, zwłaszcza tych czerwononosych. O rudzikach zdecydowanie się nawet uczyło...

Teraz krótko z wczorajszego frontu domowego: chcąc być miłą żoną załączyłam nabytek wypaśny. Niestety natychmiast dostał mało miłe nazwanie. Może to i dobra maszynka jest do... kurzu! Do porządnego odkurzania zdecydowanie się nie nadaje. Kabel krótki, ledwie na długość maleńkiego pokoiku starcza. Co i rusz cza go przekładać. Kolana jeszcze bolą. Grzbiet też. Chłopina wymyślił metalową rurkę jako przedłużacz zapodać. We standardzie była. Dopasowała się. Potem zaś maniacko obsuwała i spadała całym swym metalowym kancikiem na nogi. Co zaś najważniejsze, przy najmniejszym koraliku w pokoju dziecięcym natychmiast ustrojstwo się zapychało. Na plus można powiedzieć, że póki nie zapchnięte - cug ma solidny. Dywany podnosi, ale szurać po nich nie chce, jednostronnie trzeba rękę nadwyrężać. Nie podoba się! Dla miłej odmiany zaraza młodsza w ramach samoobsługi (matka z siostrą odkurzały pojazd mechaniczny czterokołowy, jako działania resocjalizujące dla siostry) litr soku wylała. Nie wściekłam się. Po co? W pierwszej chwili tylko odrzut miałam. Kuchnia pływała w oranżowej słodkości, choć sok ponoć naturalny, od cukrów dodatkowych wolny. Cztery razy myłam. Wodą i bez wodą. Wciąż się lepi. Posadziłam winowajcę na kanapie i zabroniłam nawet pojękiwać. Chwilę wytrzymał. Siły zbierał do kolejnych figli... Zapowiedziałam, że jeśli jeszcze raz na szafki wejdzie, szuflady odsunie, sam się obsłuży - dupsko sklepię! Do wiadomości przyjął. Godzin dwie nie minęło. A ten krzesłem przez kuchnię (szura uroczo) i do lodówki. Po lody do zamrażarki sięga. Pytam spokojnie, acz z piorunem w oku, co to czyni?! I co obiecywał. A ten mi w całej swej trzyletniej logice odpowiada: "to nie śzafka i śzuflada jest, to mogem otwierać, lody podam....!". Jak stałam, tak usiadłam. No ma dziecko rację...

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
1. tu spozieram
2. i tu
3. smaki i smaczki
4. druty
5. szycio-patchworki
6. inne
7. linki wszelkie śmietnikowe
Poczta: ulikop@gazeta.pl